spokój

No i stało się. Nawet nie zauważyliśmy kiedy staliśmy się państwem opiekuńczym. Może bez porządnej debaty publicznej, policzenia wszystkich za i przeciw a przede wszystkim odpalenia excela i podsumowania właściwych słupków ale za to z poczuciem, że kogo jak kogo ale nas  na to musi być stać.

 Na początku model jakoś się spina. Mamy zadowolonych beneficjentów a w mediach mówią, że gospodarka ma się świetnie a ludziom żyje się dostatniej.

„Pero, pero – bilans musi wyjść na zero” – śpiewał nieodżałowany Jan Kaczmarek. To samo ale trochę innymi słowami powiedział  Milton Friedman: „Nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady”  . Ale co tam. Zaczynamy zabawę. W 2016 zwiększyliśmy wydatki socjalne o 20 mld zł, w 2017 będzie to jakieś  30 mld zł. A teraz zagadka. O ile zamierzamy zwiększyć wydatki socjalne w 2018? Ktoś powiedział 40 mld zł? Brawo. Zgadujemy co będzie dalej? Niestety dokładanie do koszyka nie idzie nam już tak sprawnie. Ale można pożyczyć. No to pożyczyliśmy. W 2016 r. dług publiczny zwiększył się nam z 920 mld zł do 1.006 mld zł. To daje jakieś 26 tyś. zł na głowę. Każdą głowę.  Balcerowicz złośliwie twierdzi, że jak doliczymy ukrytą część długu to wyjdzie nam po 86 tyś. zł. Ale tak z ręką na sercu. Czy ktoś jeszcze słucha Balcerowicza?

 Istota problemu polega na tym, że pewnych mechanizmów nie da zatrzymać ot tak. Dziś już żaden z polityków nie powie, że daje wędkę a ryby powinien każdy złowić sobie sam. Rozpoczęło się licytowanie kto da więcej ryb. Jest miło, orkiestra gra. Niech żyje bal. Co prawda niektórzy coś tam cicho przebąkują, że płyniemy w złym kierunku ale mało kto wyraźnie się przyznaje, że widzi jakieś zagrożenia.

Jakieś skojarzenia ze statkiem który ponad 100 lat temu wypłynął z Southampton do Nowego Jorku?